piątek, 7 marca 2014

Rozdział 5


Oczami Kathy

         Kolejnego dnia, a przynajmniej tak myślałam, bo okazało się, że jest noc, a ja siedzę sobie na krześle w moim pokoju z włączonym facebookiem. No tak, nie ma to jak być lunatykiem. Korzystając z okazji, sprawdziłam czy nie mam jakiś nowych wiadomości i postów. Kilka nowych powiadomień i zaproszeń do znajomych. Niektóre zaakceptowałam, a resztę odrzuciłam. Po sprawdzeniu wyłączyłam laptopa i poszłam powtórnie spać. Rano obudziłam się, o dziwo w moim mięciutkim łóżeczku.
- Czyli po moim powtórnym pójściu spać nigdzie nie miałam spacerów… - stwierdziłam. - O nie! Ja muszę z tym skończyć! Nie mogę gadać do siebie! - powiedziałam i poszłam do łazienki. W ramach pobudki, wzięłam bardzo lodowaty prysznic. Potem umyłam starannie włosy. Owinęłam się ręcznikiem i poszłam do mojego pokoju. Przebrałam się w to:



















Niestety, musiałam dzisiaj iść w spódniczce. Ugh, jak ja nienawidzę spódniczek. Z tą myślą poszłam do kuchni na śniadanie. Była tam moja kochana przyjaciółeczka, która gdy mnie zobaczyła wybuchła głośnym śmiechem. No tak, nie codziennie widzi się mnie w spódniczce, w dodatku takiej dziewczęcej. Wtedy się odezwałam:
- Co się tak na mnie gapisz, baby nie widziałaś? - zapytałam.
- No wiesz…- zaczęła. - no nie ważne!
- Wiem, wiem nie codziennie masz zaszczyt wiedzieć moją skromną i jakże szlachetną osobę w spódniczce. To dla ciebie ja! Wielka królowa! - wybuchłam śmiechem.
- Doprawdy? - zapytała i też wybuchła śmiechem. - A czy przypadkiem królowe zawsze nie noszą spódniczek lub sukienek? - zapytała, akcentując wyraz „zawsze”.
Wzruszyłam ramionami. Po chwili zapytałam:
- No to co na śniadanie? Musisz uszykować mi coś pysznego, w końcu to dzięki mnie jesteś zawsze roześmiana - powiedziałam wyniośle.
- Hahah, z tym śmiechem to masz racje, ale śniadania szykować ci nie będę! Myślisz, że kto ja? Twoja służąca? - zapytała.
- Zgadłaś! - powiedziałam i się do niej uśmiechnęłam.
- Ugh, no dobra! Co chcesz żydzie? - zapytała wściekła, a zarazem rozbawiona Em.
- No wiesz… - zaczęłam udawać, że się długo zastanawiam, po chwili jednak powiedziałam - Jako królowa zjadłabym czekoladowe płatki z mlekiem.
- Yhym… - powiedziała znudzona i poszła zrobić moje jedzonko. Już po chwili stała przede mną kolorowa miseczka z płatkami. Jadłam kilkanaście minut, dlatego że bardzo się ociągałam. Gdy skończyłam włożyłam miseczkę do zmywarki. Wtedy odezwała się Emily:
- Możesz się trochę pośpieszyć, bo nie chcę się spóźnić już pierwszego dnia! - powiedziała oburzona.
- Nie denerwuj się tak! Złość piękności szkodzi, kochanie!
- Hahah, ależ ty dowcipna. Dobra, rusz dupę! Wyruszamy w drogę! - ponagliła mnie.
- No okey - powiedziałam.
Wzięłam torebkę ze stołu i razem z Em wyszłyśmy z domu. Kierowałyśmy się do szkoły tanecznej. Po kilkunastu minutach byłyśmy na miejscu. Weszłyśmy do środka. Od razu poszłyśmy się w stronę sekretariatu, aby odebrać plan zajęć.  Gdy wyszłyśmy z sekretariatu nagle na kogoś wpadłam. Chociaż, to ktoś na mnie wpadł. Zaczęłam się wydzierać:
- Jak łazisz idiotko?! - krzyknęłam.
- Coś ty powiedziała?! Ja tu króluje, więc się zamknij! - powiedziała ostro.
- Ty królujesz? Hahah - zaśmiałam się. - To gdzie masz koronę plastikowa księżniczko? - zakpiłam.
 Tak jak przeczuwałam. Zabrakło jej języka w gębie. Tylko zarzuciła swoje blond kudły i obrażona poszła. Ja wybuchłam śmiechem. Dopiero teraz zobaczyłam, że wszyscy młodzi tancerze się na mnie gapią. Zauważyłam wśród nich Michaela, uśmiechnął się do mnie. Pociągnęłam Emily za rękę i poszłyśmy w stronę naszych szafek.
- A co to był za przystojniak, który się do siebie uśmiechał? - zapytała, śmiesznie ruszając brwiami.
- Nooo, nie wiem o czym mówisz - udawałam.
- Oj, ty już dobrze wiesz! - powiedziała.
- No kiedyś go tam spotkałam, ale skończmy ten temat - powiedziałam i zaczęłam kierować się w stronę sali, w której miało być jakieś przemówienie. Emily powiedziała tylko: „Dokończymy ten temat” i poszła za mną. Weszłyśmy do ogromnego pomieszczenia, które było przepełnione uczniami. Dostrzegłam też „królewnę”, która miała bardzo dziwny uśmieszek na tych swoich wybotoksowanych usteczkach. Usiadłyśmy z Em w ostatnim rzędzie pod ścianą. Miałyśmy jeszcze kilkanaście minut do rozpoczęcia apelu, dlatego wyciągnęłam mój telefon i zaczęłam pisać z Nathanem. Jak zwykle życzył mi powodzenia i takie tam bla, bla, bla…
Po piętnastu minutach do sali wszedł jakiś stary profesorek i zaczął o czymś gadać. Przez cały czas siedziałam i go nie słuchałam. Potem usłyszałam:
- Proszę rozejść się do sal, według numerków, które dostaniecie przy wyjściu - powiedział ten stary dziad, który był chyba właścicielem tej szkoły. Wstałam z miejsca i wzięłam kartkę z numerem od jakiejś baby. Na szczęście miałam ten sam numer co Em. Poszłyśmy szczęśliwe w kierunku sali za innymi uczniami. Usiadłyśmy w ostatniej ławce i czekałyśmy, aż przyjdą inni uczniowie oraz nasz wychowawca. Nagle do sali weszła diva, czyli jak ją nazywali Alice, którą spokojnie mogę zaliczyć do wrogów. Uśmiechnęła się do mnie z wyższością, na co ja tylko prychnęłam. W tym czasie do klasy weszła także nasza wychowawczyni, wysoka, szczupła i ładnie ubrana.
- Witajcie! Bardzo się cieszę, że was widzę. Nazywam się Ann Munro i jestem waszą wychowawczynią. Najwięcej lekcji będziecie mieli właśnie ze mną. Mam nadzieję, że będzie wam się tu podobało i ten rok będzie dla was szczęśliwy i niezapomniany.
 Gdy skończyła miło się do nas uśmiechnęła. Potem opowiadała nam wszystko po kolei. Jakie będziemy mieli lekcje itp. Po trzydziestu minutach wyszłyśmy z sali. Pokierowałam się w stronę szafek, po to, by włożyć tam plan lekcji i inne rzeczy. Gdy do niej doszłam, wyciągnęłam kluczyk i włożyłam do dziurki. Przekręciłam i otworzyłam. Poczułam na sobie coś mokrego i lepkiego. Wkurzona spojrzałam w górę.  Jak się po chwili okazało, ktoś  ustawił wiadro napełnione sokiem pomarańczowym w mojej szafce! Otwierając szafkę wszystko wylałam sobie prosto na głowę. Zła wycisnęłam sok z moich włosów i odwróciłam się w stronę mojej przyjaciółki, która stała na środku korytarza. Gdy spojrzałam w inną stronę zobaczyłam Alice z głupawym uśmieszkiem i wtedy już wiedziałam, kto mi to zrobił. Zdenerwowana podeszłam do blondynki:
- Co ty sobie myślisz debilko?! - krzyknęłam wściekła.
- Haha dobry soczek? - zakpiła.
- Ty podła suko! Myślisz, że na mnie zrobi to wrażenie? To się grubo mylisz! - krzyknęłam.
- Ja suka? - zapytała oburzona.
- Ojejku… przepraszam! Uraziłam uczucia podłej żmii - udawałam zmartwioną. - Tylko szkoda, że mi ciebie w ogóle nie jest żal! - powiedziałam z wrednym uśmieszkiem. Podeszłam do mojej szafki i wyciągnęłam z niej butelkę Coca Coli. Podeszłam z powrotem do Alice. Teraz dopiero skumałam, że wszyscy się na nas gapią. Olałam to. Stanęłam przed nią i odkręciłam butelkę. Upiłam spory łyk po czym oplułam jej twarz. Dziewczyna przymknęła oczy i otworzyła usta, by po chwili zabijać mnie wzrokiem.
- Ojej, przepraszam! Twój cały makijaż poszedł na marne, ale nie martw się! Botoksy i te inne nie zniszczą się od napoi gazowanych! - zakpiłam. Wtedy wszyscy wybuchli śmiechem, a Alice stała się czerwona jak burak. Wtedy powiedziała:
- Co ty odstawiasz dziwko? - zapytała wściekła.
- Po pierwsze, nie jestem dziwką pojebana idiotko. Po drugie, ja ci tylko oddałam. A po trzecie, zamknij japę, bo już dłużej nie mogę słuchać twojego wydzierania się - mówiłam, wyliczając każdy punkt na palcach. Zatkało ją. Na moją buźkę wszedł zwycięski uśmiech.  Po chwili się odezwała:
- Nie wiesz z kim zadarłaś suko! - krzyknęła. A zaraz po tym usłyszałam:
- Odpierdol się od mojej dziewczyny! - ktoś krzyknął.
 Po chwili skumałam kto.  A był to Louis - ten sam debil, który zabrał mnie do swojego domu, gdy miałam wypadek. Podszedł do mnie. Wszyscy oczywiście wlepiali w nas gały. Objął mnie w pasie, na co ja wykrzywiłam usta w grymasie. Alice zamurowało po raz kolejny. Lou gadał dalej:
- No słucham? Co masz kurwa do mojej dziewczyny?! - krzyknął.
- A to, że jest podłą dziwką! - krzyknęła.
 Louis przestał mnie obejmować i podszedł do niej. Chwycił ją mocno za nadgarstki, na co ona syknęła. Gdy zobaczył łzy w jej oczach, puścił.
- A podobno taka odważna i silna - zakpił i odwrócił się w moją stronę. – Chodź kochanie! - powiedział i pociągnął mnie za rękę. Poszłam z nim obok mojej szafki. Zobaczyłam obok przechodzącego Michaela, który podszedł do Alice i ją przytulał. Teraz skapowałam! On jest jej chłopakiem. Poczułam obrzydzenie do jego osoby. Przypomniałam sobie o Louisie. Miałam go opieprzyć.
- Co ty kurwa odstawiasz?! Nie jestem twoją dziewczyną! - krzyknęłam oburzona.
- I co tego? - wzruszył ramionami. - Ważne, że cię uratowałem od tej zdziry. A tak w ogóle, jak ty wyglądasz? - zapytał.
- Sama bym sobie dała radę! - krzyknęłam. - A co cię obchodzi jak wyglądam? - zapytałam wściekła.
- Oj, nie marudź zabieram cię do domu! - powiedział stanowczo.
- No chyba cię pojebało chłopczyku! - zadrwiłam
- Hahah, to raczej ja do ciebie mogę mówić dziewczynko! Jestem od ciebie starszy - zakpił.
- No i co z tego. Ja w porównaniu do twojej głupoty, jestem najmądrzejszą osobą na świecie!
- Przegięłaś - powiedział. - Chodź do samochodu!
-Odwal się, nie pojadę z tobą! - krzyknęłam.
Louis zaczął mnie ciągnąć w stronę wyjścia, a mi szczerze mówiąc nie chciało się protestować. Byłam za bardzo zmęczona. Nagle do akcji dołączył ktoś jeszcze. Okazało się, że to Michael. Już miałam mu wygarnąć wszystko na temat Alice, ale się powstrzymałam, dlatego że on powiedział:
- Odpieprz się od niej! - stanął w mojej obronie.
 Louis zaczął się chamsko śmiać  Michael kontynuował swoją wypowiedź:
- Jak powiedziała, że nie pojedzie, to nie pojedzie - dopowiedział.
- Hahah, a zrobisz mi coś, jeśli jej nie zostawię? - zakpił.
- Zgadłeś! - odpowiedział wściekły blondyn.
- Zamknij japę półgłówku! - powiedział chamsko Louis.
- Półgłówkiem to jesteś ty! - krzyknął Michael i popchnął lekko Tomlinsona. Louis złapał szybko równowagę i przywalił chłopakowi w twarz. Tak się zaczęło. Kopali się nawzajem i okładali pięściami, ale górował szatyn. Po chwili blondyn nie mógł wykonać żadnego ruchu. Nagle zrobiło mi się słabo i nie miałam kontaktu ze światem. Po chwili powróciłam na ziemię i szarpnęłam Louisa. Odwrócił się w moją stronę.
- Zostaw go! - krzyknęłam.
- Zasłużył, więc się nie wtrącaj! - powiedział wściekły i powrócił do dalszego bicia.
Wszyscy patrzyli na naszą trójkę z przerażeniem. No tak, zapomniałam. W końcu szanowny pan Louis Tomlinson jest najniebezpieczniejszym mężczyzną w mieście. Prawie każdy go zna i omija szerokim łukiem. No, czasami zdarzają się wyjątki, na przykład ja.
- Jak go zostawisz to z Tobą pojadę! - powiedziałam pewnie.
-Zostaw go w spokoju. On nie jest nic winny. Pojadę z tobą, tylko go zostaw! - powiedziałam wściekła i spanikowana.
Nie miałam ochoty bić się pierwszego dnia w szkole z dupkiem Tomlinsonem. W tej chwili Louis wstał i podał rękę Michaelowi. Niestety, on nie mógł się podnieść. Po chwili podeszli do niego jego koledzy i  pomogli mu wstać. Postanowiłam, że kolejnego dnia przeproszę go za to co się wydarzyło, a Louis dostanie taki opierdol, że zapamięta go na zawsze. Wyszłam razem z tym idiotą na zewnątrz. Podeszliśmy do jego samochodu, on od razu jak na dżentelmena przystało otworzył mi drzwi. Co on sobie myśli, że tym mu wybaczę co zrobił Michaelowi. Grubo się myli! Okrążył samochód dookoła, usiadł na miejscu kierowcy i się do mnie uśmiechnął. Ja go spiorunowałam wzrokiem. Jego mina szybko zrzedła. Wtedy zaczęłam się na niego wydzierać:
- Co ty odpierdalasz popierdolony chuju?! Myślisz, że możesz kurwa przychodzić sobie do mojej szkoły, kiedy ci się podoba i bić pierwszych lepszych?!
-  Po pierwsze, nie jestem chujem. Po drugie, mogę. Po trzecie, zasłużył sobie. Po czwarte, nie mów do mnie takim tonem. Po piąte, zabieram cię stąd. A po szóste i ostatnie, jak ty wyglądasz?! Obciach mi robisz! - krzyknął chamsko.
- To po co mnie zabierałeś ze sobą do cholery jasnej?! Dałabym sobie radę sama! - odpyskowałam.
- Powinnaś mi lepiej podziękować ty… ty stara krowo! - odpowiedział.
- Tylko na tyle cię stać, knurze!
- Nie tym tonem!
- Bo co?! Uderzysz mnie?! - krzyczałam, patrząc mu prosto w oczy.
- No proszę… zamurowało?! No dawaj, uderz! - krzyknęłam wkurwiona.
- Nie uderzę cię - powiedział spokojniej przez zaciśnięte zęby.
- Wow,  nie wierzę! A teraz odwieź mnie do domu, bo nie wytrzymam tu dłużej z tobą!
- W takim, razie droga wolna. Możesz iść na piechotę.
- Świetnie! Tylko nie rozumiem, po co na siłę wyciągałeś mnie ze szkoły, narobiłeś mi kłopotów, a teraz karzesz iść na piechotę?!
- No ja żartuję! Nie denerwuj się tak! - powiedział Louis i w końcu odpalił silnik.
 Całą drogę przejechaliśmy w ciszy. Podejrzewałam, że było mu głupio. Ma przynajmniej nauczkę. Po kilkunastu minutach byłam przed moim apartamentowcem. Pospiesznym krokiem wyszłam z samochodu. Trzasnęłam drzwiami i usłyszałam krzyk Tomlinsona:
- Nie trzaskaj drzwiami! Uszkodzisz mi samochód! - krzyknął wkurzony.
Nie odwracając się, wystawiłam w jego stronę środkowy palec i weszłam na klatkę schodową. Podążyłam do windy, a gdy już się przy niej znalazłam, wcisnęłam odpowiednie przyciski i już po chwili byłam przed drzwiami mojego mieszkania. Wyciągnęłam klucze z torebki i wsadziłam do otworu zamkowego. Przekręciłam i weszłam do mieszkania. Rzuciłam gdzieś torebką, nawet nie wiem gdzie i rozłożyłam się na kanapie. Włączyłam telewizor i nawet nie wiem kiedy zasnęłam…

Dokładnie 2 tygodnie! Rozdział był szybko napisany, ale gorzej było ze sprawdzeniem, dlatego trochę dłużej niż zwykle, Do następnego ;)





2 komentarze: