Oczami
Kathy
Kolejnego dnia, a przynajmniej tak myślałam, bo okazało się, że jest noc, a ja
siedzę sobie na krześle w moim pokoju z włączonym facebookiem. No tak, nie ma
to jak być lunatykiem. Korzystając z okazji, sprawdziłam czy nie mam jakiś
nowych wiadomości i postów. Kilka nowych powiadomień i zaproszeń do znajomych.
Niektóre zaakceptowałam, a resztę odrzuciłam. Po sprawdzeniu wyłączyłam laptopa
i poszłam powtórnie spać. Rano obudziłam się, o dziwo w moim mięciutkim
łóżeczku.
- Czyli po
moim powtórnym pójściu spać nigdzie nie miałam spacerów… - stwierdziłam. - O
nie! Ja muszę z tym skończyć! Nie mogę gadać do siebie! - powiedziałam i
poszłam do łazienki. W ramach pobudki, wzięłam bardzo lodowaty prysznic. Potem umyłam
starannie włosy. Owinęłam się ręcznikiem i poszłam do mojego pokoju.
Przebrałam się w to:
Niestety, musiałam dzisiaj iść w spódniczce. Ugh, jak ja nienawidzę spódniczek. Z tą myślą poszłam do kuchni na śniadanie. Była tam moja kochana przyjaciółeczka, która gdy mnie zobaczyła wybuchła głośnym śmiechem. No tak, nie codziennie widzi się mnie w spódniczce, w dodatku takiej dziewczęcej. Wtedy się odezwałam:
- Co się tak
na mnie gapisz, baby nie widziałaś? - zapytałam.
- No wiesz…-
zaczęła. - no nie ważne!
- Wiem, wiem
nie codziennie masz zaszczyt wiedzieć moją skromną i jakże szlachetną osobę w
spódniczce. To dla ciebie ja! Wielka królowa! - wybuchłam śmiechem.
- Doprawdy? -
zapytała i też wybuchła śmiechem. - A czy przypadkiem królowe zawsze nie noszą spódniczek
lub sukienek? - zapytała, akcentując wyraz „zawsze”.
Wzruszyłam
ramionami. Po chwili zapytałam:
- No to co
na śniadanie? Musisz uszykować mi coś pysznego, w końcu to dzięki mnie jesteś
zawsze roześmiana - powiedziałam wyniośle.
- Hahah, z
tym śmiechem to masz racje, ale śniadania szykować ci nie będę! Myślisz, że kto
ja? Twoja służąca? - zapytała.
- Zgadłaś! -
powiedziałam i się do niej uśmiechnęłam.
- Ugh, no
dobra! Co chcesz żydzie? - zapytała wściekła, a zarazem rozbawiona Em.
- No wiesz… -
zaczęłam udawać, że się długo zastanawiam, po chwili jednak powiedziałam - Jako
królowa zjadłabym czekoladowe płatki z mlekiem.
- Yhym… -
powiedziała znudzona i poszła zrobić moje jedzonko. Już po chwili stała przede
mną kolorowa miseczka z płatkami. Jadłam kilkanaście minut, dlatego że bardzo
się ociągałam. Gdy skończyłam włożyłam miseczkę do zmywarki. Wtedy odezwała się
Emily:
- Możesz się
trochę pośpieszyć, bo nie chcę się spóźnić już pierwszego dnia! - powiedziała
oburzona.
- Nie
denerwuj się tak! Złość piękności szkodzi, kochanie!
- Hahah,
ależ ty dowcipna. Dobra, rusz dupę! Wyruszamy w drogę! - ponagliła mnie.
- No okey -
powiedziałam.
Wzięłam
torebkę ze stołu i razem z Em wyszłyśmy z domu. Kierowałyśmy się do szkoły
tanecznej. Po kilkunastu minutach byłyśmy na miejscu. Weszłyśmy do środka. Od
razu poszłyśmy się w stronę sekretariatu, aby odebrać plan zajęć. Gdy
wyszłyśmy z sekretariatu nagle na kogoś wpadłam. Chociaż, to ktoś na mnie
wpadł. Zaczęłam się wydzierać:
- Jak łazisz
idiotko?! - krzyknęłam.
- Coś ty
powiedziała?! Ja tu króluje, więc się zamknij! - powiedziała ostro.
- Ty
królujesz? Hahah - zaśmiałam się. - To gdzie masz koronę plastikowa
księżniczko? - zakpiłam.
Tak jak przeczuwałam. Zabrakło jej języka w
gębie. Tylko zarzuciła swoje blond kudły i obrażona poszła. Ja wybuchłam
śmiechem. Dopiero teraz zobaczyłam, że wszyscy młodzi tancerze się na mnie
gapią. Zauważyłam wśród nich Michaela, uśmiechnął się do mnie. Pociągnęłam
Emily za rękę i poszłyśmy w stronę naszych szafek.
- A co to
był za przystojniak, który się do siebie uśmiechał? - zapytała, śmiesznie
ruszając brwiami.
- Nooo, nie
wiem o czym mówisz - udawałam.
- Oj, ty już
dobrze wiesz! - powiedziała.
- No kiedyś
go tam spotkałam, ale skończmy ten temat - powiedziałam i zaczęłam kierować się
w stronę sali, w której miało być jakieś przemówienie. Emily powiedziała tylko:
„Dokończymy ten temat” i poszła za mną. Weszłyśmy do ogromnego pomieszczenia,
które było przepełnione uczniami. Dostrzegłam też „królewnę”, która miała bardzo
dziwny uśmieszek na tych swoich wybotoksowanych usteczkach. Usiadłyśmy z Em w
ostatnim rzędzie pod ścianą. Miałyśmy jeszcze kilkanaście minut do rozpoczęcia
apelu, dlatego wyciągnęłam mój telefon i zaczęłam pisać z Nathanem. Jak zwykle
życzył mi powodzenia i takie tam bla, bla, bla…
Po piętnastu
minutach do sali wszedł jakiś stary profesorek i zaczął o czymś gadać. Przez
cały czas siedziałam i go nie słuchałam. Potem usłyszałam:
- Proszę
rozejść się do sal, według numerków, które dostaniecie przy wyjściu -
powiedział ten stary dziad, który był chyba właścicielem tej szkoły. Wstałam z
miejsca i wzięłam kartkę z numerem od jakiejś baby. Na szczęście miałam ten sam
numer co Em. Poszłyśmy szczęśliwe w kierunku sali za innymi uczniami. Usiadłyśmy
w ostatniej ławce i czekałyśmy, aż przyjdą inni uczniowie oraz nasz wychowawca.
Nagle do sali weszła diva, czyli jak ją nazywali Alice, którą spokojnie mogę
zaliczyć do wrogów. Uśmiechnęła się do mnie z wyższością, na co ja tylko
prychnęłam. W tym czasie do klasy weszła także nasza wychowawczyni, wysoka,
szczupła i ładnie ubrana.
- Witajcie!
Bardzo się cieszę, że was widzę. Nazywam się Ann Munro i jestem waszą
wychowawczynią. Najwięcej lekcji będziecie mieli właśnie ze mną. Mam nadzieję,
że będzie wam się tu podobało i ten rok będzie dla was szczęśliwy i
niezapomniany.
Gdy skończyła miło się do nas uśmiechnęła.
Potem opowiadała nam wszystko po kolei. Jakie będziemy mieli lekcje itp. Po
trzydziestu minutach wyszłyśmy z sali. Pokierowałam się w stronę szafek, po to,
by włożyć tam plan lekcji i inne rzeczy. Gdy do niej doszłam, wyciągnęłam
kluczyk i włożyłam do dziurki. Przekręciłam i otworzyłam. Poczułam na sobie coś
mokrego i lepkiego. Wkurzona spojrzałam w górę. Jak się po chwili okazało, ktoś ustawił wiadro napełnione sokiem
pomarańczowym w mojej szafce! Otwierając szafkę wszystko wylałam sobie prosto
na głowę. Zła wycisnęłam sok z moich włosów i odwróciłam się w stronę mojej przyjaciółki,
która stała na środku korytarza. Gdy spojrzałam w inną stronę zobaczyłam Alice
z głupawym uśmieszkiem i wtedy już wiedziałam, kto mi to zrobił. Zdenerwowana
podeszłam do blondynki:
- Co ty sobie
myślisz debilko?! - krzyknęłam wściekła.
- Haha dobry
soczek? - zakpiła.
- Ty podła
suko! Myślisz, że na mnie zrobi to wrażenie? To się grubo mylisz! - krzyknęłam.
- Ja suka? -
zapytała oburzona.
- Ojejku…
przepraszam! Uraziłam uczucia podłej żmii - udawałam zmartwioną. - Tylko
szkoda, że mi ciebie w ogóle nie jest żal! - powiedziałam z wrednym uśmieszkiem.
Podeszłam do mojej szafki i wyciągnęłam z niej butelkę Coca Coli. Podeszłam z
powrotem do Alice. Teraz dopiero skumałam, że wszyscy się na nas gapią. Olałam
to. Stanęłam przed nią i odkręciłam butelkę. Upiłam spory łyk po czym oplułam
jej twarz. Dziewczyna przymknęła oczy i otworzyła usta, by po chwili zabijać
mnie wzrokiem.
- Ojej,
przepraszam! Twój cały makijaż poszedł na marne, ale nie martw się! Botoksy i
te inne nie zniszczą się od napoi gazowanych! - zakpiłam. Wtedy wszyscy
wybuchli śmiechem, a Alice stała się czerwona jak burak. Wtedy powiedziała:
- Co ty
odstawiasz dziwko? - zapytała wściekła.
- Po
pierwsze, nie jestem dziwką pojebana idiotko. Po drugie, ja ci tylko oddałam. A
po trzecie, zamknij japę, bo już dłużej nie mogę słuchać twojego wydzierania
się - mówiłam, wyliczając każdy punkt na palcach. Zatkało ją. Na moją buźkę
wszedł zwycięski uśmiech. Po chwili się odezwała:
- Nie wiesz
z kim zadarłaś suko! - krzyknęła. A zaraz po tym usłyszałam:
- Odpierdol się od mojej dziewczyny! - ktoś krzyknął.
- Odpierdol się od mojej dziewczyny! - ktoś krzyknął.
Po chwili skumałam kto. A był to Louis - ten sam debil, który zabrał
mnie do swojego domu, gdy miałam wypadek. Podszedł do mnie. Wszyscy oczywiście
wlepiali w nas gały. Objął mnie w pasie, na co ja wykrzywiłam usta w grymasie.
Alice zamurowało po raz kolejny. Lou gadał dalej:
- No
słucham? Co masz kurwa do mojej dziewczyny?! - krzyknął.
- A to, że
jest podłą dziwką! - krzyknęła.
Louis przestał mnie obejmować i podszedł do
niej. Chwycił ją mocno za nadgarstki, na co ona syknęła. Gdy zobaczył łzy w jej
oczach, puścił.
- A podobno
taka odważna i silna - zakpił i odwrócił się w moją stronę. – Chodź kochanie! -
powiedział i pociągnął mnie za rękę. Poszłam z nim obok mojej szafki.
Zobaczyłam obok przechodzącego Michaela, który podszedł do Alice i ją
przytulał. Teraz skapowałam! On jest jej chłopakiem. Poczułam obrzydzenie do
jego osoby. Przypomniałam sobie o Louisie. Miałam go opieprzyć.
- Co ty
kurwa odstawiasz?! Nie jestem twoją dziewczyną! - krzyknęłam oburzona.
- I co tego?
- wzruszył ramionami. - Ważne, że cię uratowałem od tej zdziry. A tak w ogóle,
jak ty wyglądasz? - zapytał.
- Sama bym
sobie dała radę! - krzyknęłam. - A co cię obchodzi jak wyglądam? - zapytałam
wściekła.
- Oj, nie
marudź zabieram cię do domu! - powiedział stanowczo.
- No chyba
cię pojebało chłopczyku! - zadrwiłam
- Hahah, to
raczej ja do ciebie mogę mówić dziewczynko! Jestem od ciebie starszy - zakpił.
- No i co z
tego. Ja w porównaniu do twojej głupoty, jestem najmądrzejszą osobą na świecie!
- Przegięłaś
- powiedział. - Chodź do samochodu!
-Odwal się,
nie pojadę z tobą! - krzyknęłam.
Louis zaczął
mnie ciągnąć w stronę wyjścia, a mi szczerze mówiąc nie chciało się protestować.
Byłam za bardzo zmęczona. Nagle do akcji dołączył ktoś jeszcze. Okazało się, że
to Michael. Już miałam mu wygarnąć wszystko na temat Alice, ale się
powstrzymałam, dlatego że on powiedział:
- Odpieprz
się od niej! - stanął w mojej obronie.
Louis zaczął się chamsko śmiać Michael kontynuował swoją wypowiedź:
- Jak
powiedziała, że nie pojedzie, to nie pojedzie - dopowiedział.
- Hahah, a
zrobisz mi coś, jeśli jej nie zostawię? - zakpił.
- Zgadłeś! -
odpowiedział wściekły blondyn.
- Zamknij
japę półgłówku! - powiedział chamsko Louis.
-
Półgłówkiem to jesteś ty! - krzyknął Michael i popchnął lekko Tomlinsona. Louis
złapał szybko równowagę i przywalił chłopakowi w twarz. Tak się zaczęło. Kopali
się nawzajem i okładali pięściami, ale górował szatyn. Po chwili blondyn nie
mógł wykonać żadnego ruchu. Nagle zrobiło mi się słabo i nie miałam
kontaktu ze światem. Po chwili powróciłam na ziemię i szarpnęłam Louisa. Odwrócił
się w moją stronę.
- Zostaw go!
- krzyknęłam.
- Zasłużył,
więc się nie wtrącaj! - powiedział wściekły i powrócił do dalszego bicia.
Wszyscy
patrzyli na naszą trójkę z przerażeniem. No tak, zapomniałam. W końcu szanowny
pan Louis Tomlinson jest najniebezpieczniejszym mężczyzną w mieście. Prawie
każdy go zna i omija szerokim łukiem. No, czasami zdarzają się wyjątki, na
przykład ja.
- Jak go
zostawisz to z Tobą pojadę! - powiedziałam pewnie.
-Zostaw go w
spokoju. On nie jest nic winny. Pojadę z tobą, tylko go zostaw! - powiedziałam
wściekła i spanikowana.
Nie miałam
ochoty bić się pierwszego dnia w szkole z dupkiem Tomlinsonem. W tej chwili
Louis wstał i podał rękę Michaelowi. Niestety, on nie mógł się podnieść. Po
chwili podeszli do niego jego koledzy i pomogli mu wstać. Postanowiłam, że kolejnego
dnia przeproszę go za to co się wydarzyło, a Louis dostanie taki opierdol, że
zapamięta go na zawsze. Wyszłam razem z tym idiotą na zewnątrz. Podeszliśmy do
jego samochodu, on od razu jak na dżentelmena przystało otworzył mi drzwi. Co
on sobie myśli, że tym mu wybaczę co zrobił Michaelowi. Grubo się myli! Okrążył
samochód dookoła, usiadł na miejscu kierowcy i się do mnie uśmiechnął. Ja go
spiorunowałam wzrokiem. Jego mina szybko zrzedła. Wtedy zaczęłam się na niego
wydzierać:
- Co ty
odpierdalasz popierdolony chuju?! Myślisz, że możesz kurwa przychodzić sobie do
mojej szkoły, kiedy ci się podoba i bić pierwszych lepszych?!
- Po
pierwsze, nie jestem chujem. Po drugie, mogę. Po trzecie, zasłużył sobie. Po
czwarte, nie mów do mnie takim tonem. Po piąte, zabieram cię stąd. A po szóste
i ostatnie, jak ty wyglądasz?! Obciach mi robisz! - krzyknął chamsko.
- To po co
mnie zabierałeś ze sobą do cholery jasnej?! Dałabym sobie radę sama! -
odpyskowałam.
- Powinnaś
mi lepiej podziękować ty… ty stara krowo! - odpowiedział.
- Tylko na
tyle cię stać, knurze!
- Nie tym tonem!
- Bo co?!
Uderzysz mnie?! - krzyczałam, patrząc mu prosto w oczy.
- No proszę…
zamurowało?! No dawaj, uderz! - krzyknęłam wkurwiona.
- Nie uderzę
cię - powiedział spokojniej przez zaciśnięte zęby.
- Wow, nie wierzę! A teraz odwieź mnie do domu, bo
nie wytrzymam tu dłużej z tobą!
- W takim,
razie droga wolna. Możesz iść na piechotę.
- Świetnie!
Tylko nie rozumiem, po co na siłę wyciągałeś mnie ze szkoły, narobiłeś mi
kłopotów, a teraz karzesz iść na piechotę?!
- No ja
żartuję! Nie denerwuj się tak! - powiedział Louis i w końcu odpalił silnik.
Całą drogę przejechaliśmy w ciszy.
Podejrzewałam, że było mu głupio. Ma przynajmniej nauczkę. Po kilkunastu
minutach byłam przed moim apartamentowcem. Pospiesznym krokiem wyszłam z
samochodu. Trzasnęłam drzwiami i usłyszałam krzyk Tomlinsona:
- Nie trzaskaj
drzwiami! Uszkodzisz mi samochód! - krzyknął wkurzony.
Nie
odwracając się, wystawiłam w jego stronę środkowy palec i weszłam na klatkę
schodową. Podążyłam do windy, a gdy już się przy niej znalazłam, wcisnęłam
odpowiednie przyciski i już po chwili byłam przed drzwiami mojego mieszkania. Wyciągnęłam
klucze z torebki i wsadziłam do otworu zamkowego. Przekręciłam i weszłam do
mieszkania. Rzuciłam gdzieś torebką, nawet nie wiem gdzie i rozłożyłam się na
kanapie. Włączyłam telewizor i nawet nie wiem kiedy zasnęłam…
Dokładnie 2 tygodnie! Rozdział był szybko napisany, ale gorzej było ze sprawdzeniem, dlatego trochę dłużej niż zwykle, Do następnego ;)
Dokładnie 2 tygodnie! Rozdział był szybko napisany, ale gorzej było ze sprawdzeniem, dlatego trochę dłużej niż zwykle, Do następnego ;)
